24 min czytania
Rynek książki w Polsce od wielu miesięcy czeka na projekt, który ma uporządkować ceny, rabaty i dane sprzedażowe. Ustawa o ochronie rynku książki miała być odpowiedzią na wojnę rabatową, presję największych kanałów sprzedaży i brak przejrzystych informacji o realnej sprzedaży tytułów. Po opinii UOKiK, odpowiedzi Agaty Diduszko-Zyglewskiej i komentarzu Piotra Kieryła widać jednak, że spór nie dotyczy już samej ceny książki, ale całego modelu rynku.
W skrócie:
- MKiDN zapowiada trzy filary: jednolitą cenę książki przez 12 miesięcy, maksymalny rabat dystrybucyjny 45 procent i obowiązkowe raportowanie danych sprzedażowych do GUS.
- UOKiK pozytywnie ocenia cel regulacji, ale krytykuje dobrane narzędzia. Najpoważniejszy zarzut dotyczy ryzyka wzrostu cen i spadku czytelnictwa.
- Agata Diduszko-Zyglewska odpowiada, że UOKiK nie docenia skali oligopolizacji rynku, pomija doświadczenia innych państw i zbyt prosto traktuje książkę jak zwykły towar.
- Piotr Kierył dodaje ważny argument: rynek książki w dużej części funkcjonuje w modelu komisowym lub zbliżonym do komisowego, więc klasyczna opowieść o sprzedawcy, który kupił towar i ma prawo sprzedać go dowolnie, nie opisuje całej sytuacji.
- Raport PIK/SGH pokazuje, że jednolita cena może mieć sens tylko przy dobrym przeliczeniu ceny okładkowej i rabatów. Nie daje blankietowego poparcia dla dowolnej wersji ustawy.
- Najmocniejszym, najmniej kontrowersyjnym filarem projektu pozostaje raportowanie danych sprzedażowych. Ten element może realnie pomóc autorom, tłumaczom, ilustratorom i mniejszym wydawcom.
- W projekcie trzeba jasno rozstrzygnąć przedsprzedaże, małe wydawnictwa, komiksy, e-booki, audiobooki, abonamenty i sprzedaż bezpośrednią. Bez tych szczegółów ustawa może uderzyć w segmenty, które miała chronić.
Książka, cena i wygodna bajka o wolnym rynku
Przez lata polski rynek książki nauczył się żyć w stanie permanentnej promocji. Cena okładkowa stała się często punktem startowym do rabatu, a nie realną informacją o tym, ile książka ma kosztować. Czytelnik przyzwyczaił się, że nowość już po premierze można kupić taniej. Duże sklepy internetowe i sieci handlowe potrafią budować widoczność na przecenie. Małe księgarnie nie mają podobnej przestrzeni. Mniejsi wydawcy często nie mają podobnej siły negocjacyjnej. Autorzy i tłumacze często nie mają pełnego wglądu w dane, od których zależą ich rozliczenia.
Problem polega na tym, że każda próba regulacji dotyka czyjegoś interesu. Dla jednych jednolita cena książki oznacza oddech dla księgarń i wydawców, dla innych – zamach na rabaty i portfel czytelnika. Dla jednych limit rabatu jest ochroną przed prawem silniejszego, dla innych – ingerencją w konkurencję. Dla jednych raportowanie danych to minimum uczciwości, dla innych – kolejny obowiązek administracyjny.
Jaki rynek książki faktycznie mamy i czy obecna swoboda cenowa rzeczywiście daje wolną konkurencję, czy tylko dobrze wygląda w teorii?
Ustawa o ochronie rynku książki. Na jakim etapie są prace?
Z komunikatu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego z listopada 2025 roku, wiemy że resort ogłosił rozpoczęcie procesu legislacyjnego projektu ustawy o ochronie rynku książki. Założenia przygotował Zespół ds. pola literackiego przy MKiDN. Ministerstwo wskazało, że prace oparto m.in. na raporcie Polskiej Sieci Ekonomii „Jeszcze książka nie zginęła?”, ustaleniach Okrągłego Stołu Rynku Książki i konsultacjach środowiskowych.
Najświeższa deklaracja pochodzi z debaty w Polskim Radiu RDC 28 lipca. Agata Diduszko-Zyglewska przekazała, że w sierpniu MKiDN ma złożyć wniosek o wpis projektu do wykazu prac legislacyjnych rządu, a po akceptacji projekt prawdopodobnie trafi we wrześniu do konsultacji społecznych. Tekst projektu nadal nie został opublikowany, więc są to zapowiedzi harmonogramu, a nie rozpoczęte konsultacje.
MKiDN przedstawiło trzy filary projektu.
Pierwszy zakłada jednolitą cenę książki przez 12 miesięcy od wprowadzenia tytułu do obrotu. Książka nie mogłaby być od pierwszego dnia sprzedawana z dowolnym rabatem w zależności od kanału sprzedaży.
Drugi dotyczy maksymalnego rabatu dystrybucyjnego. Według założeń miałby wynosić 45 procent ceny okładkowej. Resort zapowiadał też zakaz dodatkowych opłat związanych z dystrybucją książek.
Trzeci filar obejmuje obowiązkowe raportowanie danych sprzedażowych do Głównego Urzędu Statystycznego. Dane mieliby przekazywać wydawcy, importerzy, dystrybutorzy i sprzedawcy końcowi. Statystyki rynku książki miałyby być publikowane przez GUS, a dane dotyczące konkretnych produktów trafiać do uprawnionych podmiotów, m.in. wydawców oraz twórców i współtwórców.
I tyle. Publicznie funkcjonują założenia, relacje z posiedzeń komisji, komunikaty branżowe, raporty, apele i polemiki. Brakuje jednak pełnego, publicznie dostępnego tekstu ustawy, nie ma też druku sejmowego.
Od listopada do lipca. Jak zmieniała się debata?
Pierwszy etap był dość przewidywalny. Ministerstwo pokazało założenia, a środowisko książki zaczęło dyskutować o trzech filarach. Zwolennicy regulacji mówili o ochronie małych księgarń, ograniczeniu wojny cenowej, poprawie przejrzystości i przeciwdziałaniu koncentracji rynku. Krytycy pytali o ceny, wolność gospodarczą i skutki dla czytelników.
W marcu 2026 roku założenia przedstawiono podczas posiedzenia sejmowej Komisji Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Środków Przekazu. Wtedy wyraźniej wybrzmiał etap prac nad tekstem legislacyjnym oraz temat systemu raportowania danych, przygotowywanego we współpracy z GUS i Biblioteką Narodową. W maju Polska Izba Książki publicznie napisała, że czeka na projekt i liczy na rozmowę o szczegółach, a nie tylko o ogólnych kierunkach. W tym samym miesiącu Unia Literacka wraz z 22 organizacjami zaapelowała do ministra kultury o ujawnienie projektu.
Potem przyszła wypowiedź minister Marty Cienkowskiej w TOK FM, odnotowana przez Unię Literacką: ministerstwo potrzebuje miesiąca na dopracowanie tekstu legislacyjnego. Pod koniec czerwca nadszedł kolejny zwrot: opinia UOKiK, opisana przez media, oraz ostre odpowiedzi ze strony osób wspierających regulację.
Krytyka nie zaczęła się od UOKiK
Opór wobec jednolitej ceny książki pojawił się wcześniej niż czerwcowa opinia UOKiK. Już w listopadzie 2025 roku Warsaw Enterprise Institute opublikował stanowisko ostro krytykujące projekt. WEI opisał jednolitą cenę książki jako regulację antykonkurencyjną i uderzającą w konsumentów, wskazując przede wszystkim na koniec rabatów, zniżek i normalnej konkurencji cenowej między sprzedawcami.
Liberalno-antyregulacyjna krytyka ustawy była obecna od początku, a UOKiK nie wprowadził jej do debaty od zera. Urząd raczej nadał jej moc instytucjonalną i prawnokonkurencyjną.
Po jednej stronie mamy środowiska, które widzą w ustawie próbę zatrzymania koncentracji rynku i ochrony księgarń, wydawców oraz twórców. Po drugiej stronie są głosy ostrzegające, że nawet dobrze brzmiąca ochrona może oznaczać usztywnienie cen, ograniczenie swobody gospodarczej i wyższy rachunek dla czytelnika.
UOKiK krytykuje narzędzia, nie sam cel
W końcu czerwca media opisały krytyczną opinię UOKiK dotyczącą projektu. Pełnego dokumentu UOKiK nie znalazłam jako publicznie udostępnionego materiału na stronie urzędu. Według relacji medialnych i omówień branżowych urząd pozytywnie ocenił sam cel projektu, czyli wsparcie małych wydawnictw, lokalnych księgarń i czytelnictwa, ale poważnie zakwestionował narzędzia.
Najważniejsze zarzuty dotyczą jednolitej ceny książki i limitu rabatu dystrybucyjnego. W omówieniach pojawia się teza, że przewidziane rozwiązania budzą zastrzeżenia z punktu widzenia prawa ochrony konkurencji i konsumentów, a zarazem mogą okazać się niewystarczające albo nieadekwatne do zakładanych rezultatów. W relacjach medialnych mocno wybrzmiał też zarzut, że ustawa może prowadzić do spadku czytelnictwa.
Warto przy tym nie sprowadzać całej sprawy do jednego tekstu prasowego. Opinia UOKiK została nagłośniona przez „Wyborczą” i Szota, ale od razu zaczęła funkcjonować szerzej w mediach branżowych i komentarzach rynku. Świat Czytników zwrócił uwagę, że pełna opinia nie została publicznie opublikowana, Blog o Komiksach dopisał do tej dyskusji skutki dla małych wydawnictw, przedsprzedaży i publikacji niszowych.
Ryzyka wskazywane przy projekcie obejmują nie tylko papier. W dyskusji pojawiają się e-booki, audiobooki, serwisy subskrypcyjne i możliwość efektu mrożącego dla mniejszych wydawców. Bez pełnego dokumentu UOKiK nie wolno tych wątków przedstawiać jako ostatecznie potwierdzonych zapisów opinii. Trzeba jednak zaznaczyć, że właśnie te obszary stały się częścią najnowszej debaty.
Z perspektywy UOKiK problem jest dość jasny: jeżeli sprzedawcy nie będą mogli obniżać cen nowości, konsumenci mogą zapłacić więcej. Jeżeli rabaty w łańcuchu dostaw zostaną usztywnione, rynek może stracić część elastyczności. Jeżeli małe podmioty nie mają skali, rozpoznawalności i marketingu, cena może być jednym z nielicznych narzędzi, które pozwala im przyciągać klientów. Zablokowanie tego narzędzia może im zaszkodzić.
Przy niskim poziomie czytelnictwa każda podwyżka ceny transakcyjnej może odbić się na zakupach. Jeśli czytelnik przyzwyczaił się do premier z rabatem 30–40 procent, nagłe przejście na cenę okładkową może ograniczyć zakupy nowości. Część osób poczeka, część wybierze bibliotekę, część abonament cyfrowy, część rynek wtórny, a część nielegalny plik, a niektórzy zapewne po prostu zrezygnują.
Odpowiedź Agaty Diduszko-Zyglewskiej
Po relacjach o opinii UOKiK Biblioteka Analiz opublikowała komentarz Agaty Diduszko-Zyglewskiej, przewodniczącej Zespołu ds. pola literackiego przy MKiDN i doradczyni ministra kultury. To polemika osoby związanej z przygotowaniem regulacji, a nie neutralna ekspertyza zewnętrzna.
Diduszko-Zyglewska pisze, że celem regulacji jest zatrzymanie postępującej oligopolizacji rynku książki oraz ochrona twórców i przedsiębiorców przed prawem silniejszego. Jej zdaniem UOKiK nie docenia skali problemu i patrzy na książkę przez zbyt prosty model rynku. W komentarzu pada zarzut, że urząd powtarza tezy zbieżne z opiniami największych podmiotów wydawniczych i dystrybucyjnych, a nie odnosi się do badań potwierdzających własne przewidywania.
W tej odpowiedzi najważniejsze są trzy wątki. Pierwszy dotyczy cen. Diduszko-Zyglewska uważa, że UOKiK myli stan obecny z przyszłymi skutkami ustawy. Według niej wydawcy już dziś muszą sztucznie zawyżać ceny okładkowe, bo od początku wkalkulowują ogromne rabaty dystrybucyjne. Drugi wątek dotyczy doświadczeń europejskich. Przewodnicząca Zespołu ds. pola literackiego przywołuje badanie Rhysa Williamsa oraz raport Michała Bernardellego przygotowany dla PIK. Trzeci wątek dotyczy księgarń stacjonarnych. Diduszko-Zyglewska zarzuca UOKiK, że nie widzi różnicy między zakupem internetowym a obecnością w księgarni jako miejscu kultury, rekomendacji i spotkania.
Ta odpowiedź pokazuje, jak daleko rozeszły się języki obu stron. UOKiK mówi językiem konkurencji cenowej i ochrony konsumenta. Zespół ds. pola literackiego mówi językiem koncentracji rynku, kultury i długofalowej biblioróżnorodności.
Piotr Kierył i argument, którego brakowało
Komentarz Piotra Kieryła, prezesa zarządu Wydawnictwa RM, jest ważny, ponieważ wyprowadza spór z ciasnego pytania o rabat. Kierył pisze, że dyskusja o jednolitej cenie książki zbyt często wygląda tak, jakby dotyczyła wyłącznie ceny, tymczasem dotyczy struktury całego rynku.
Najciekawszy jest jego argument o modelu komisowym albo zbliżonym do komisowego. W klasycznej opowieści o wolnym rynku sprzedawca kupuje towar za własne pieniądze, staje się jego właścicielem, ponosi ryzyko i sam decyduje, za ile sprzeda produkt. W takim modelu argument przeciw jednolitej cenie jest prosty: skoro sklep kupił towar, powinien mieć swobodę ustalania ceny.
Tyle że rynek książki często nie funkcjonuje według tego czystego modelu. Znaczna część obrotu opiera się na zasadach komisowych, zwrotach albo relacjach bliskich komisowi. Książki trafiają do dystrybucji bez pełnego klasycznego zakupu na ryzyko sprzedawcy. Wydawca finansuje produkcję, druk, magazynowanie, promocję, logistykę i ryzyko zwrotów. Pośrednik często nie angażuje kapitału w taki sposób, w jaki sklep kupuje elektronikę, buty albo żywność.
Ten argument zmienia debatę. Jeżeli sprzedawca nie ponosi pełnego ryzyka zakupu towaru, jego „pełna wolność” obniżania ceny wygląda inaczej. Wydawca, który chce zachować kontrolę nad ceną produktu finansowanego głównie przez siebie, niekoniecznie domaga się przywileju, może domagać się uznania realiów rynku.
Kierył idzie jeszcze dalej. Przyznaje, że ustawa najpewniej podniesie ceny transakcyjne wielu nowości. Twierdzi jednak, że obecny model taniej książki też ma cenę. Płacą ją wydawcy, księgarnie stacjonarne, autorzy, tłumacze, redaktorzy i ci, którzy tworzą realną różnorodność rynku. Czytelnik dziś korzysta z rabatu, ale długofalowo może stracić rynek z większym wyborem.
Jednolita cena książki. Ratunek, ryzyko czy narzędzie wymagające chirurgii?
Jednolita cena książki przez 12 miesięcy jest najbardziej widocznym elementem projektu. Zwolennicy mówią: bez niej małe księgarnie i mniejsi wydawcy będą przegrywać z dużymi sklepami internetowymi, które mogą od pierwszego dnia zejść z ceny i traktować rabat jako narzędzie przejęcia klienta. Krytycy odpowiadają: czytelnik straci premierowe promocje, a część osób kupi mniej.
Obie strony dotykają realnego problemu. UOKiK ma rację, gdy każe pytać o skutki dla ceny transakcyjnej. Przy polskich nawykach zakupowych zablokowanie rabatów może zmniejszyć sprzedaż części nowości. Nie da się tego zbyć hasłem o kulturze. Czytelnik ma budżet, a nie abstrakcyjny obowiązek finansowania reformy.
Zwolennicy ustawy też mają rację, gdy przypominają, że obecny rabat nie bierze się z powietrza. Jeżeli książka kosztuje w Internecie wyraźnie mniej od pierwszego dnia, ktoś finansuje tę różnicę. Czasem robi to sprzedawca dla pozyskania klienta, czasem wydawca, który musiał wkalkulować rabat już na starcie, albo autor i tłumacz, bo słabsza pozycja wydawcy w łańcuchu sprzedaży prędzej czy później odbija się na całej strukturze kosztów.
Dlatego jednolita cena może mieć sens tylko pod warunkiem, że nie stanie się prostym zamrożeniem obecnej ceny okładkowej. Jeżeli cena okładkowa jest dziś zawyżona, bo uwzględnia późniejszy rabat, to jej zablokowanie jako ceny obowiązkowej byłoby ciosem dla czytelnika. Jeżeli jednak cena okładkowa zostanie przeliczona bliżej realnej ceny sprzedaży (i wartości książki…), a rabaty w dystrybucji zostaną ułożone na nowo, skutki mogą być inne.
Raport PIK i SGH. Ważny argument, ale nie przepustka dla każdej ustawy
W lutym 2026 roku Polska Izba Książki opublikowała raport „Analiza symulacyjna wprowadzenia jednolitej ceny okładkowej na polskim rynku wydawniczym”, przygotowany przez dr. hab. Michała Bernardellego, prof. SGH. Raport oparto na danych NielsenIQ BookData obejmujących około 40 procent polskiego rynku sprzedaży do klienta końcowego. Dane obejmowały okres od 27. tygodnia 2023 roku do 26. tygodnia 2025 roku.
Raport jest jednym z najważniejszych dokumentów w całej debacie. Analiza sprawdzała, czy jednolita cena książki przez 12 miesięcy może zostać wprowadzona bez wzrostu ceny dla konsumenta i przy zachowaniu porównywalnych wpływów uczestników rynku. Wnioski są ostrożne, ale istotne: dobrze zaprojektowana jednolita cena może być rozwiązaniem biznesowo realnym pod dwoma warunkami. Po pierwsze, cena okładkowa musiałaby zostać obniżona do poziomu rzeczywistej ceny sprzedaży uwzględniającej obecne upusty. Po drugie, rabaty w łańcuchu dostaw musiałyby zostać renegocjowane wobec nowej wartości referencyjnej.
To bardzo ważne. Raport nie mówi: każda jednolita cena jest dobra. Nie mówi też, że wystarczy zakazać rabatów i rynek odetchnie. Pokazuje raczej, że regulacja może mieć sens, jeśli zostanie zaprojektowana razem z korektą ceny okładkowej i układu rabatów.
Dlatego raport PIK/SGH można wykorzystać zarówno przeciw uproszczeniom krytyków, jak i przeciw zbyt łatwemu entuzjazmowi zwolenników.
Raport Bernardellego nie jest dowodem na to, że każda ustawa o jednolitej cenie książki będzie korzystna. Nie jest też neutralizacją wszystkich zarzutów UOKiK. Raport pokazuje raczej, że określony model może się spiąć gospodarczo przy bardzo konkretnych warunkach: obniżeniu ceny okładkowej do poziomu bliższego realnej cenie sprzedaży oraz przeliczeniu rabatów w całym łańcuchu dostaw.
Jeżeli ustawodawca pominie te warunki, raport przestaje być tarczą dla projektu. Pokazuje, że jednolita cena może mieć sens tylko wtedy, gdy nie zamieni obecnej ceny przedrabartowej w obowiązkową cenę dla czytelnika.
Rhys Williams i Europa. Dane pomagają, ale nie zastąpią polskiego projektu
W odpowiedzi na opinię UOKiK Agata Diduszko-Zyglewska przywołała badanie Rhysa Williamsa z 2024 roku, opublikowane w „Journal of Competition Law & Economics”. Autor analizował europejskie systemy fixed book price jako legalną formę utrzymywania ceny odsprzedaży w sektorze książki. Według omówienia Cambridge Judge Business School kraje z takimi rozwiązaniami odnotowują wyższą sprzedaż książek względem krajów bez tej polityki i bez zauważalnego wpływu na przeciętną cenę książek. Przy ogólnym spadku sprzedaży książek w czasie, wyniki oznaczają raczej mniejszy spadek sprzedaży niż scenariusz bez takiej polityki.
Ten argument osłabia prostą tezę, że stała cena zawsze musi prowadzić do wyższych cen i niższej sprzedaży. Europejskie doświadczenia pokazują, że sprawa jest bardziej złożona. Stała cena może wspierać konkurencję pozacenową, sieć księgarń i różnorodność oferty.
Ale europejskie dane nie mogą zastąpić polskiego projektu. Rynki różnią się poziomem czytelnictwa, siłą księgarń, rolą bibliotek, udziałem Internetu, strukturą dystrybucji i przyzwyczajeniami zakupowymi. Francja, Niemcy, Hiszpania, Włochy, Holandia czy Portugalia nie są gotowym wzorem do skopiowania, mogą być materiałem porównawczym, odnośnikiem – ale z pewnością nie wzorem do wdrożenia w Polsce.
Maksymalny rabat dystrybucyjny. Mniej medialny, bardziej nerwowy punkt
Limit rabatu dystrybucyjnego na poziomie 45 procent brzmi mniej efektownie niż koniec premierowych promocji, ale dla rynku może być równie ważny. Wydawcy od lat mówią o presji dużych kanałów dystrybucji i sprzedaży. Wysokie rabaty, opłaty promocyjne, ekspozycja, koszty widoczności, logistyka, zwroty…
Ministerstwo zapowiadało, że maksymalny rabat oraz zakaz dodatkowych opłat mają powstrzymać przerzucanie kosztów jednolitej ceny na wydawców i twórców. Zwolennicy regulacji widzą tu próbę zatrzymania prawa silniejszego. Jeżeli największy kanał sprzedaży może wymuszać rabat, mniejszy wydawca często nie negocjuje, tylko próbuje przeżyć.
UOKiK patrzy na ten zapis inaczej. Z punktu widzenia ochrony konkurencji jednolity limit rabatu może ograniczać swobodę handlową i utrudniać dopasowanie warunków do różnych modeli sprzedaży. Może też osłabić część małych podmiotów, które wykorzystują cenę jako jedno z niewielu narzędzi walki o odbiorcę.
Jeśli ustawa obejmie tylko prosty rabat, rynek znajdzie obejścia w opłatach marketingowych i usługach dodatkowych. Jeśli obejmie wszystko zbyt szeroko, utrudni normalne relacje handlowe. Jeśli nie odróżni wielkiej sieci od małej sprzedaży bezpośredniej, uderzy nie tam, gdzie trzeba.
Dane sprzedażowe. Filar, który może przynieść realną zmianę
Obowiązkowe raportowanie danych sprzedażowych do GUS ma mniej emocji niż cena, ale może mieć większe znaczenie systemowe. Polski rynek książki od lat funkcjonuje przy niepełnych danych. Autorzy, tłumacze i ilustratorzy często nie mają realnego narzędzia sprawdzenia sprzedaży własnych książek. Mniejsi wydawcy nie zawsze widzą pełny obraz rynku. Państwo chce prowadzić politykę książki, chociaż nie ma pełnej mapy obiegu.
Według założeń MKiDN dane mieliby przekazywać wydawcy, importerzy, dystrybutorzy i sprzedawcy końcowi, a GUS co roku publikowałby statystyki rynku. Informacje o konkretnych produktach miałyby trafiać do uprawnionych podmiotów, czyli m.in. do wydawnictw i twórców. W marcu pojawiał się również wątek systemu tworzonego we współpracy z GUS i Biblioteką Narodową.
Ten element ustawy trzeba oddzielić od sporu o jednolitą cenę. Można mieć poważne zastrzeżenia do blokady rabatów, a jednocześnie popierać pełniejsze dane sprzedażowe. Można też popierać regulację cenową i wiedzieć, że bez danych cały projekt będzie kulał.
Tu jednak znów potrzebny jest tekst ustawy. Trzeba wiedzieć, jakie dane mają być raportowane, jak często, przez kogo, w jakim formacie, jak będzie chroniona tajemnica przedsiębiorstwa i jaki realny dostęp otrzymają twórcy. Nie wiemy NIC.
Księgarnia stacjonarna i Internet. Fałszywy wybór
Jednym z najostrzejszych punktów sporu jest rola księgarń stacjonarnych. Diduszko-Zyglewska zarzuca UOKiK, że nie widzi różnicy między zakupem książki przez Internet a obecnością w księgarni. Według niej sklep internetowy nie zastępuje miejsca, gdzie czytelnik może obejrzeć książkę, porozmawiać z księgarzem, dostać rekomendację, spotkać autora i wejść w lokalne życie literackie.
Księgarnia kameralna bywa małą instytucją kultury. Podtrzymuje widoczność tytułów, które nie wygrają z algorytmem, daje miejsce rozmowie, a nie tylko transakcji. Ma znaczenie szczególnie tam, gdzie kultura nie ma wielkiej infrastruktury i gdzie księgarz naprawdę bywa przewodnikiem po książkach.
Ale Internet też nie jest wyłącznie wrogiem kultury. Dla wielu osób, zwłaszcza poza większymi miastami, sklep internetowy daje realny dostęp do książek. Nie każdy ma dobrą księgarnię w okolicy, może chodzić na spotkania autorskie, czy kupuje książki w miejscach, gdzie wybór jest szeroki i dobrze dobrany.
Trzeba więc zadawać pytanie, jak chronić księgarnie kameralne i lokalną biblioróżnorodność bez karania czytelnika, który kupuje online, bo inaczej miałby słabszy dostęp do książek.
Małe wydawnictwa, komiksy i przedsprzedaże
Po publikacjach o opinii UOKiK ważny wątek rozwinął Blog o Komiksach. Chodzi o przedsprzedaże, małe wydawnictwa, publikacje niszowe i komiksy kolekcjonerskie. Dla części rynku przedsprzedaż jest sposobem finansowania tytułu, badania zainteresowania i ograniczenia ryzyka przed premierą.
W komiksach, albumach, artbookach, wydaniach limitowanych czy książkach specjalistycznych preorder często ma praktyczne znaczenie. Czytelnik płaci wcześniej, zgadza się poczekać, a w zamian dostaje niższą cenę, dodatki albo specjalne warunki. Małe wydawnictwo może dzięki temu ocenić, czy projekt ma sens finansowy.
Jeżeli jednolita cena obejmie także przedsprzedaż, ten mechanizm może zostać osłabiony. Czytelnik nadal kredytowałby wydawcę wcześniejszą wpłatą, ale bez realnej korzyści cenowej. Duże wydawnictwo przetrwa taką niedogodność, ale mała oficyna może mieć problem.
Ten przykład pokazuje, jak niebezpieczne byłoby pisanie ustawy pod modelową premierę dużej powieści w szerokiej dystrybucji. Rynek książki składa się też z tytułów drogich w produkcji, wolniejszych, niszowych, finansowanych relacją z konkretną grupą odbiorców. Jeśli projekt nie przewidzi takich sytuacji, może uszkodzić segmenty, które tworzą różnorodność.
Autorzy, tłumacze i ilustratorzy
Środowiska twórcze od początku przypominają, że ustawa nie może kończyć się na cenach i księgarniach. Unia Literacka oraz 22 organizacje zaapelowały w maju do ministra kultury o opublikowanie projektu. W apelu podkreślono, że po miesiącach konsultacji i analiz trzeba przejść od diagnozy do decyzji.
Dla autorów, tłumaczy i ilustratorów najważniejsze są dane, rozliczenia, wynagrodzenia i realna pozycja negocjacyjna. Sama jednolita cena książki nie gwarantuje wyższych honorariów. Limit rabatów nie gwarantuje, że większa stabilność rynku trafi do twórców. Raportowanie danych może natomiast dać im narzędzie kontroli sprzedaży własnych książek.
W tle są też piractwo, wykorzystanie twórczości przez narzędzia AI i słabość rozwiązań socjalnych dla osób pracujących w literaturze. Te tematy nie należą do trzech oficjalnych filarów projektu opisanych przez MKiDN, ale pojawiają się w postulatach środowiska. Trzeba je traktować jako szerszy kontekst reformy, nie jako potwierdzone zapisy ustawy.
Jeśli ustawa ma chronić rynek książki, nie może potraktować twórców jak przypisu. Rynek zaczyna się od tekstu, przekładu, ilustracji, redakcji, pracy koncepcyjnej i ryzyka twórczego. Bez tego zostaje sama logistyka okładek.
Czy książka jest w Polsce droga?
Komentarz Piotra Kieryła wnosi jeszcze jeden ważny wątek: relatywną cenę książki. Kierył przypomina, że przed wejściem Polski do Unii Europejskiej średnia sugerowana cena detaliczna książki wynosiła około 25 złotych, przy minimalnym wynagrodzeniu 800 złotych. Dziś wiele książek ma cenę okładkową 50–60 złotych, przy minimalnym wynagrodzeniu przekraczającym 4600 złotych. Przy rabatach internetowych nową książkę często można kupić za 30–40 złotych.
To nie znaczy, że książki są tanie dla każdego. Dla wielu gospodarstw domowych zakup nowości nadal jest decyzją. Ale Kierył ma rację, że sama narracja o „drogiej książce” wymaga sprawdzenia w proporcjach. Relatywnie do wynagrodzeń książka nie zdrożała tak mocno jak wiele innych produktów i usług.
Ten argument nie unieważnia obaw czytelników. Pokazuje jednak, że problem rynku może leżeć gdzie indziej: w niskiej rentowności całego systemu, uzależnieniu od rabatu i wypychaniu tych podmiotów, które nie mają skali, logistyki i pozycji negocjacyjnej.
Koncentracja rynku. Największy temat pod spodem
Najważniejszy spór nie dotyczy więc tego, czy czytelnik zapłaci za premierę 37 czy 49 złotych. To ważne, ale nie wyczerpuje sprawy.
Jeżeli sprzedaż książek będzie coraz mocniej zależeć od kilku dużych kanałów, wydawcy staną się bardziej zależni od ich warunków. Małe księgarnie będą znikać albo tracić znaczenie, mniejsi wydawcy będą mieli coraz trudniej. Algorytmy i budżety promocyjne będą decydować, co czytelnik zobaczy. Rynek może formalnie oferować tysiące tytułów, ale realna widoczność będzie skupiona w kilku miejscach.
To jest argument zwolenników ustawy: obecna konkurencja cenowa może w dłuższej perspektywie niszczyć konkurencję strukturalną. Czytelnik dziś dostaje rabat, ale jutro może mieć mniejszy wybór miejsc, rekomendacji i typów książek. UOKiK broni konkurencji cenowej, ale musi odpowiedzieć na pytanie, czy obecna wojna rabatowa nie wzmacnia podmiotów już dominujących.
Z drugiej strony zwolennicy regulacji też muszą odpowiedzieć na trudne pytanie: czy ograniczenie ceny naprawdę zatrzyma koncentrację, czy tylko zmieni zasady gry tak, że najwięksi i tak poradzą sobie najlepiej? Duże podmioty mają dane, technologię, logistykę, rozpoznawalność i kapitał. Zwykle dobrze odnajdują się również w regulacjach.
Dlatego potrzebne są szczegóły, sama jednolita cena nie wystarczy.
E-booki, audiobooki i abonamenty
Projekt nie może udawać, że książka kończy się na papierze. E-booki, audiobooki i abonamenty mają własną logikę cenową, inne koszty, inne promocje i inne sposoby rozliczania twórców. Stałej ceny papierowej książki da się prosto opisać. Stała cena w abonamencie, pakiecie albo dostępie czasowym wymaga znacznie większej precyzji.
Jeżeli ustawa obejmie tylko papier, część konkurencji cenowej przeniesie się do formatów cyfrowych. Jeżeli obejmie także e-booki i audiobooki, trzeba będzie ustalić zasady dla platform subskrypcyjnych, pakietów, promocji, kodów, bibliotek cyfrowych i sprzedaży bezpośredniej.
Brak jasności w tej sprawie byłby błędem. Dla wielu czytelników audiobook i e-book nie są dodatkiem, lecz podstawową formą kontaktu z książką. Dla części twórców i wydawców to również osobny strumień przychodów. Ustawa, która nie rozumie formatów cyfrowych, będzie spóźniona już w dniu publikacji.
Co może pójść źle?
Najgorszy scenariusz jest dość prosty. Cena premierowa rośnie, czytelnicy kupują mniej, małe wydawnictwa tracą elastyczność przedsprzedaży (bankrutują), księgarnie kameralne dostają tylko częściowy oddech, autorzy nadal nie mają realnego dostępu do danych, a najwięksi gracze znajdują nowe formy rekompensowania ograniczeń rabatowych.
W takim wariancie ustawa nie porządkuje rynku, tylko przesuwa koszty.
Drugie ryzyko dotyczy zbyt ogólnych przepisów. Jeśli regulacja nie rozróżni sprzedaży detalicznej, hurtowej, internetowej, bezpośredniej, przedpremierowej, cyfrowej i abonamentowej, stanie się za ciężka tam, gdzie potrzeba precyzji.
Trzecie ryzyko dotyczy polityki czytelnictwa. Jeśli reforma rynku książki ograniczy się do ceny i rabatu, pominie biblioteki, edukację, lokalne programy czytelnicze, wsparcie księgarń, wynagrodzenia twórców i walkę z piractwem. Jedna ustawa nie uniesie całego rynku. Może natomiast zrobić dużo szkód, jeśli zostanie potraktowana jak narzędzie uniwersalne.
Co może się udać?
Dobrze napisana ustawa mogłaby ograniczyć agresywną wojnę cenową przy premierach, zmniejszyć presję rabatową na wydawców, poprawić sytuację księgarń kameralnych i wprowadzić obowiązkowy obieg danych sprzedażowych. Ten ostatni element może mieć znaczenie przełomowe dla autorów, tłumaczy, ilustratorów i mniejszych wydawców.
Regulacja mogłaby też wymusić uczciwszą rozmowę o cenie okładkowej. Dziś bywa ona ceną startową przed rabatem, a nie realną informacją dla czytelnika. Jeżeli ustawodawca chce zamrozić cenę, musi najpierw sprawić, by została uczciwie wyliczona.
Ustawa mogłaby też pokazać, że książka nie jest zwykłym towarem. Ale takie zdanie nie wystarczy w uzasadnieniu. Książka jest dobrem kultury, a jednocześnie sprzedaje się ją w realnym obrocie gospodarczym. Pominięcie któregokolwiek z tych porządków skończy się źle.
Ustawa o ochronie rynku książki – wniosek na teraz
Projekt ustawy nadal nie został opublikowany. Po krytycznej opinii UOKiK i odpowiedziach przedstawicieli środowiska MKiDN zapowiada kolejny etap: w sierpniu ma wystąpić o wpis projektu do wykazu prac legislacyjnych rządu, a konsultacje społeczne są przewidywane na wrzesień. Dopóki dokument nie trafi do wykazu i nie zostanie ujawniony, debata nadal dotyczy przede wszystkim założeń, relacji uczestników prac i możliwych skutków regulacji, a nie ostatecznego tekstu ustawy.
UOKiK słusznie każe pytać o ceny, konkurencję i skutki dla czytelników, a Zespół ds. pola literackiego słusznie przypomina o dominacji największych graczy, kondycji księgarń, danych sprzedażowych i kulturowej roli książki. Wydawcy słusznie mówią o modelu komisowym, ryzyku zwrotów i rabatach, które deformują ceny okładkowe. Czytelnicy słusznie boją się droższych premier.
Między słuszną diagnozą a dobrą ustawą leży tekst projektu. Dopóki go nie ma, każdy kolejny spór będzie krążył wokół relacji, interpretacji i domysłów.
Ustawa o ochronie rynku książki miała uporządkować ceny, rabaty i dane sprzedażowe. Po opinii UOKiK, odpowiedzi Agaty Diduszko-Zyglewskiej i komentarzu Piotra Kieryła widać jednak, że spór dotyczy czegoś większego: tego, czy obecny rynek książki rzeczywiście jest jeszcze wolny?
Źródła:
- Adamski Mateusz, Koniec z promocjami na nowe książki? Ministerstwo Kultury szykuje zmiany w prawie, Rzeczpospolita [dostęp: 15.01.2026].
- Bernardelli M. (2025), Analiza symulacyjna wprowadzenia jednolitej ceny okładkowej na polskim rynku wydawniczym, Polska Izba Książki, Warszawa.
- Boczoń Wojciech, Nowa ustawa o książce uderzy w portfele fanów komiksów? Czy zaczną obowiązywać ceny okładkowe?, Blog o komiksach [dostęp: 15.01.2026].
- Boczoń Wojtek, UOKiK krytykuje ustawę o książce. Małe wydawnictwa i przedsprzedaże mogą mieć problem, Blog o Komiksach [dostęp: 01.07.2026].
- Drózd Robert, Ustawa o stałej cenie książki wraca, tym razem jako „ustawa o ochronie rynku książki”!, Świat Czytelników [dostęp: 15.01.2026].
- Drózd Robert, UOKiK przeciwny ustawie o ochronie rynku książki: „prowadzi do spadku czytelnictwa”!, Świat Czytników [dostęp: 01.07.2026].
- How fixed book pricing can benefit consumers and the economy, Cambridge Judge Business School [dostęp: 01.07.2026].
- Jednakowa cena książki przez 12 miesięcy – założenia do ustawy o ochronie rynku książki – MkiDN, PAP [dostęp: 15.01.2026].
- „Jeszcze książka nie zginęła? Raport o stanie polskiego rynku książki” – spotkanie warsztatowe, gov.pl [dostęp: 15.01.2026].
- Komentarz do opinii UOKiK w sprawie projektu ustawy o ochronie rynku ksiązki [dostęp: 01.07.2026].
- Komentarz Piotra Kieryła do opinii UOKiK, Rynek książki [dostęp: 01.07.2026].
- Koniec z promocjami na nowe książki? Ministerstwo Kultury szykuje zmiany w prawie, Rzeczpospolita [dostęp: 15.01.2026].
- Ministerstwo Kultury rozpoczęło prace legislacyjne nad Ustawą o ochronie rynku książki, Rynek Książki [dostęp: 15.01.2026].
- Mroczek-Kowalik Martyna, Twórcy apelują do parlamentarzystów: zarobek pisarza nie wystarcza nawet na jednorazowy bilet tramwajowy. Co dalej z ustawą o ochronie rynku książki?, Dziennik Gazeta Prawna [dostęp: 01.07.2026].
- Raczek Magdalena, Koniec z książkami w promocji? Ustawa o rynku książki – kto na niej zyska, a kto straci?, Trójmiasto [dostęp: 15.01.2026].
- Rekomendacje PIK uwzględnione w projekcie Ustawy o ochronie rynku książki, PIK [dostęp: 15.01.2026].
- Rhys J Williams, Empirical Effects of Resale Price Maintenance: Evidence from Fixed Book Price Policies in Europe, Journal of Competition Law & Economics, Volume 20, Issue 1-2, March-June 2024, Pages 108–136, https://doi.org/10.1093/joclec/nhae004
- Rozpoczynamy proces legislacyjny projektu Ustawy o ochronie rynku książki, gov.pl [dostęp: 15.01.2026].
- Sroczyński Mikołaj, Jeszcze książka nie zginęła?, Polska Sieć Ekonomii/raport [dostęp: 01.07.2026].
- Szermański Marcin, Przewrót na rynku książek papierowych. Autorzy zachwyceni, czytelnicy niekoniecznie, Bezprawnik [dostęp: 15.01.2026].
- Wojciech Szot, UOKiK miażdży projekt ustawy o książce. „Będzie prowadzić do spadku czytelnictwa”, Wyborcza [dostęp: 01.07.2026].
- Za nami pierwsze spotkania Zespołu do spraw pola literackiego, gov.pl [dostęp: 15.01.2026].
- Zdzieborska Marta, W projekcie Ustawy o ochronie rynku książki brakuje rozwiązań wspierających autorów, Press [dostęp: 15.01.2026].
- We wrześniu konsultacje społeczne projektu ustawy o ochronie rynku książki?, Rynek Książki [dostęp: 31.07.2026].
Fot. Pixabay Content License (Sam sobie)
Aktualizacja: 31 lipca 2026 roku.



