Kto ma prawo nic nie robić? „Remontownia ciał i dusz” i klasowa historia polskiego urlopu

17 min czytania

Państwo mogło wystawić skierowanie, zbudować sanatorium i wysłać człowieka nad morze. Ale nie mogło jednym podpisem sprawić, że człowiek przestanie uważać odpoczynek za lenistwo. Błażej Ciarkowski w książce Remontownia ciał i dusz. Domy wczasowe i sanatoria w PRL-u opowiada o Funduszu Wczasów Pracowniczych, sanatoriach, ośrodkach zakładowych, koloniach, kaowcach, stołówkach i architekturze przeznaczonej dla ludzi, którzy wcześniej znali wakacje głównie z opowieści innych.

Książka przedstawia system, który realnie poszerzył dostęp do wypoczynku, lecz nie zlikwidował różnic klasowych, przywilejów władzy ani nierównego podziału obowiązków. Pozwala też zobaczyć przemianę znacznie większą niż upadek domów wczasowych. W PRL odpoczynek był częścią wspólnej infrastruktury i polityki państwa. Po 1989 roku stał się przede wszystkim prywatnym zakupem oraz indywidualnym problemem człowieka, który sam ma znaleźć czas, pieniądze i zastępstwo dla siebie samego.

Irena musi otrzymać zgodę na odpoczynek

Przed pierwszym wyjazdem do sanatorium Irenę rozbolał brzuch. Była sprzątaczką w łódzkiej elektrociepłowni, a za dwa lata miała przejść na emeryturę. Nie chorowała, nie korzystała z zakładowych wczasów i nie widziała szczególnego powodu, aby opuszczać dom. Miała podwórko, kawałek pola, ogródek i ławkę ustawioną w cieniu orzecha włoskiego. Można było na niej usiąść, posłuchać wróbli pod okapem stodoły i uznać, że człowiekowi więcej nie potrzeba.

Pani doktor w przychodni zakładowej zaproponowała trzytygodniowy pobyt w Lądku-Zdroju. Irena dała się przekonać. Rodzinie wysyłała pocztówki z informacjami o kąpielach borowinowych, pogodzie w kratkę, dwóch miłych współlokatorkach i dość dobrym wyżywieniu. Pisała także, że trochę tęskni. O nerwach i bólu brzucha nie wspomniała.

Ciarkowski zaczyna od kobiety, która otrzymała prawo do wyjazdu wcześniej, niż sama uznała, że wolno jej z niego skorzystać. Formalne uprawnienie nie usuwa sposobu myślenia wypracowanego przez całe życie. Irena wiedziała, jak sprzątać zakład, prowadzić dom i zajmować się ogrodem. Nie miała doświadczenia bycia osobą, której ktoś podaje obiad, przygotowuje kąpiel i ścieli łóżko. W jej świecie przyzwoitość potwierdzała praca. Bezczynność wymagała usprawiedliwienia.

Ławka pod orzechem była dostępna. Czas spędzony na niej nadal nie należał wyłącznie do Ireny. Zawsze pozostawało coś do ugotowania, wyprania, nakarmienia albo uporządkowania. Dlatego historia zorganizowanego wypoczynku zaczyna się od znacznie poważniejszego zadania niż budowa sanatoriów. Najpierw należało przekonać ludzi, że zmęczenie stanowi wystarczający powód, aby przerwać pracę.

Prawo do wypoczynku było jednym z wielkich projektów XX wieku

Płatny urlop nie był wynalazkiem Polski Ludowej. Stał się elementem międzynarodowego porządku prawnego w czasie, gdy europejskie społeczeństwa zaczęły traktować ochronę czasu pracownika jako obowiązek publiczny.

Międzynarodowa Organizacja Pracy przyjęła w 1936 roku konwencję dotyczącą płatnych urlopów. Jej minimalny standard przewidywał po roku nieprzerwanego zatrudnienia co najmniej sześć płatnych dni wolnych. W 1948 roku artykuł 24 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka połączył prawo do odpoczynku z ograniczeniem czasu pracy i okresowym płatnym urlopem.

Polska Ludowa rozwinęła tę ideę w konkretny system. Konstytucja z 1952 roku przyznawała obywatelom prawo do wypoczynku, corocznych płatnych urlopów oraz korzystania z instytucji służących zdrowej i kulturalnej rekreacji. Wypoczynek otrzymał więc rangę szerszą niż samo zwolnienie pracownika z obowiązków na określoną liczbę dni. Państwo miało stworzyć warunki, w których prawo da się rzeczywiście wykorzystać.

Pierwsze powojenne ośrodki organizowano jeszcze przed formalnym powołaniem Funduszu. W 1945 roku ze zorganizowanego wypoczynku skorzystało około 12,5 tysiąca osób. W 1948 roku było ich 316 800, rok później 451 700, a w 1950 roku już 554 600. Ustawa i statut z 1949 roku nadały Funduszowi Wczasów Pracowniczych trwałą formę instytucjonalną.

Za liczbami stały biura skierowań, dopłaty, transport, stołówki, personel, domy wczasowe i sanatoria. Państwo próbowało stworzyć usługę dla milionów ludzi w kraju, który dopiero podnosił się z wojennych zniszczeń.

Nie wszystko działało. Zdarzały się błędnie dobrane sanatoria, gorsze terminy, niejasne zasady, fatalne warunki i przydziały krążące wśród uprzywilejowanych. Sam rozmach pozostaje jednak faktem. Odpoczynek uznano za sprawę wymagającą budżetu, budynków i organizacji, a nie wyłącznie dobrych chęci pracownika.

Obecna Konstytucja w artykule 66. gwarantuje pracownikowi dni wolne oraz coroczny płatny urlop. Nie powtarza szerszej formuły prawa do wypoczynku ani zobowiązania do rozwijania publicznej infrastruktury rekreacyjnej.

Pałac można przejąć szybciej niż swobodę

Polska Ludowa nie budowała całego systemu od fundamentów. Przejmowała również istniejące kurorty, wille, pałace, pensjonaty i rezydencje należące wcześniej do elit. Spała służyła carom, prezydentowi Ignacemu Mościckiemu, jego gościom i uczestnikom wystawnych polowań. W 1945 roku Bolesław Bierut przekazał miejscową posiadłość na potrzeby odpoczynku ludności robotniczej. Dawne koszary, obiekty reprezentacyjne i zabudowania prezydenckie miały odtąd należeć do ludu.

Podobny los spotkał Patrię Jana Kiepury w Krynicy. Przed wojną była symbolem luksusu dostępnego niewielkiej grupie. Najtańszy pobyt kosztował tam kwotę znaczącą dla robotnika czy nauczyciela, a wnętrza wypełniały marmury, alabaster, forniry, lustra i kryształowe żyrandole. Po wojnie pensjonat został upaństwowiony i zaczął funkcjonować w nowym porządku społecznym. Można było zmienić właściciela budynku; trudniej było usunąć społeczne kody zapisane w jego wnętrzu.

Robotnik otrzymywał łóżko w miejscu, do którego jego rodzice zapewne nie zostaliby wpuszczeni. Nie dostawał razem z kluczem pewności siebie, znajomości kurortowych zasad ani swobody ludzi wychowanych wśród restauracji, hoteli i podróży.

Nie wiedział, jak zachować się podczas posiłku, co założyć na dancing, kiedy wypada złożyć skargę i czy można zażądać innego pokoju. Obserwował innych. Uczył się nowych gestów. Czasem milczał, aby nie wyjść na człowieka niewychowanego. Czasem przesadzał w drugą stronę i próbował jednym wieczorem odegrać rolę bywalca. W tym sensie zorganizowany wypoczynek był szkołą awansu społecznego. Kurs odbywał się bez programu, lecz egzaminy pojawiały się codziennie: w recepcji, stołówce, kawiarni i na parkiecie.

Skierowanie miało swoją hierarchię

System obejmował miliony ludzi, ale nie traktował wszystkich identycznie. Liczba skierowań zależała od branży. Preferowano między innymi górników, hutników, metalowców i włókniarzy, których praca była szczególnie ciężka albo szkodliwa dla zdrowia. W pierwszych latach wyróżniano również członków partii oraz przodowników pracy. Nauczyciele otrzymywali znaczną część skierowań latem, a rolnikom proponowano wyjazdy zimowe, z których korzystali rzadko.

Sam wyjazd wymagał uzgodnienia urlopu, rozmowy z przedstawicielem rady zakładowej, wyboru dostępnego ośrodka i zaakceptowania terminu przez przełożonych. Wczasy rodzinne pociągały za sobą dodatkowe koszty podróży oraz pobytu najbliższych. Skierowanie było gwarancją miejsca, ale również dokumentem przypominającym, że zakład zachowuje kontrolę nad nieobecnością pracownika.

Najlepszy termin i najbardziej atrakcyjny ośrodek miały większą wartość niż sam przydział. Lipiec nad morzem nie był równy listopadowi w miejscowości, do której trzeba było jechać kilkoma pociągami. Rodzina górnika zatrudnionego w bogatej kopalni korzystała z innej bazy niż pracownik niewielkiego zakładu.

Obok oficjalnych kryteriów działały kontakty, informacje i pozycja w przedsiębiorstwie. Dyrektorzy, naczelnicy oraz wyżsi urzędnicy potrafili uzyskać lepsze pokoje, kolejne turnusy i dostęp do ośrodków niedostępnych dla pozostałych.

Różnice ujawniały się także przy stole. Pracownicy umysłowi, zwłaszcza znający przedwojenne pensjonaty, częściej formułowali żądania i stosowali zasadę „płacę, więc wymagam”. Robotnicy oraz mieszkańcy wsi początkowo narzekali rzadziej. Wielu traktowało sam wyjazd jak świadczenie, za które należy okazać wdzięczność. Z czasem również oni zaczęli domagać się większych porcji, czystych pokojów i właściwego traktowania.

Klasa społeczna nie mieści się wyłącznie w portfelu. Widać ją w pewności, z jaką człowiek wchodzi do restauracji, zgłasza pretensję i zakłada, że jego potrzeby zostaną potraktowane poważnie.

Luksus zaczynał się za szlabanem

Państwo głoszące równość stworzyło osobny archipelag wypoczynku dla władzy. Łańsk, Arłamów, Polana Zgorzelisko i kolejne ośrodki rządowe lokalizowano z dala od zwykłych wczasowiczów. Dostępu strzegły bramy, ochrona, kryptonimy i nieobecność na oficjalnych mapach.

Wyposażenie nie zawsze było olśniewające. Pod koniec PRL część zakładowych ośrodków prezentowała się okazalej niż pokoje przygotowane dla prominentów. Telewizor, radio, meble czy boazeria mogły pochodzić z tej samej produkcji, z której korzystała zamożniejsza część społeczeństwa.

O wyjątkowości decydowała niedostępność. Dyrektor kopalni mógł posiadać podobny telewizor i pić podobny koniak. Nie mógł przekroczyć bramy Łańska bez odpowiedniego nazwiska, stanowiska albo zaproszenia.  Luksus nie zawsze polega na posiadaniu czegoś lepszego. Czasem wystarcza możliwość przebywania w miejscu, z którego innych można usunąć. Ta zasada przetrwała zmianę ustroju. Prywatna plaża, zamknięte osiedle, salon lotniskowy i hotel przyjmujący wyłącznie dorosłych działają na podobnej potrzebie. Wartość doświadczenia rośnie, gdy wiadomo, że nie każdy może je kupić albo otrzymać.

Sanatorium jest gotową powieścią społeczną

Literatura od dawna wykorzystuje sanatorium jako przestrzeń, w której zwykły czas przestaje obowiązywać. W Czarodziejskiej górze Thomas Mann wysłał Hansa Castorpa do Davos i stworzył powieść dojrzewania, w której sanatoryjna izolacja pozwala obserwować spory ideowe poprzedzające europejską katastrofę. Mann sam określał utwór jako Bildungsroman.

W Sanatorium pod Klepsydrą Brunona Schulza pobyt w klinice doktora Gotarda otwiera przestrzeń, gdzie czas nie podlega zwykłemu następstwu, a ojciec może trwać w stanie zawieszenia. Tom ukazał się w 1937 roku i rozwinął oniryczny świat wcześniejszych opowiadań Schulza.

W Empuzjonie Olgi Tokarczuk uzdrowisko Görbersdorf z 1913 roku skupia chorych mężczyzn, ich poglądy, lęki i przekonanie o prawie do objaśniania całego świata.

Ciarkowski wykonuje ruch w przeciwnym kierunku. Literatura zmieniała sanatorium w metaforę społeczeństwa. Remontownia ciał i dusz pokazuje, że metafora od początku miała recepcję, magazyn pościeli, rozpisany jadłospis i księgę skarg.

Dom wczasowy tworzył małe społeczeństwo na okres jednego turnusu. Recepcja rozstrzygała, kto posiada właściwy dokument. Przydział pokojów ujawniał kontakty. Stołówka wystawiała na próbę gust i cierpliwość. Świetlica pokazywała stosunek do kultury. Dancing pozwalał przekroczyć codzienną rolę, choćby na kilka godzin.

Ludzie spotykali osoby, których w domu i zakładzie mogliby nigdy nie poznać. Przez dwa tygodnie jedli razem, jechali wspólnym autokarem, stali w kolejkach i słuchali tych samych pogadanek. Potem wracali do swoich miast, zawodów oraz rodzin. Zostawały fotografie i adres zapisany w notesie z obietnicą wysłania odbitek. Sanatorium nie usuwało hierarchii. Zamykało je pod jednym dachem, dzięki czemu stawały się bardziej widoczne.

Remont człowieka

Najważniejsze słowo w tytule książki brzmi: remontownia. W pierwszych powojennych koncepcjach urlop miał służyć „naprawie zmęczonego pracą organizmu”. Sformułowanie szybko stało się politycznie niewygodne, ponieważ sugerowało, że zatrudnienie w państwie socjalistycznym może niszczyć ciało. Zaczęto więc mówić o regeneracji, rozwoju psychicznym, kulturze i rekreacji. Cel pozostał czytelny: pracownik miał wrócić zdrowszy i zdolny do dalszego wysiłku.

Sanatorium przeprowadzało przegląd człowieka. Górnik przyjeżdżał z płucami obciążonymi pyłem. Robotnik z bólem kręgosłupa. Pracownik biurowy z nerwami. Kobieta zatrudniona w fabryce przywoziła zmęczenie z zakładu oraz drugi etat wykonywany w domu. Naprawie podlegało ciało, ale również sposób korzystania z wolnego czasu.

Wypoczynek miał być zdrowy, aktywny, kulturalny i społecznie pożyteczny. Program obejmował spacery, zawody, wycieczki, projekcje, pogadanki, wieczorki zapoznawcze, tańce i ogniska. Dobry kaowiec potrafił zabrać ludzi do muzeum, w góry albo na koncert. Zły odczytywał przygotowany materiał i znikał.

Z czasem zaczęto dostrzegać absurd organizowania każdej godziny. W połowie lat siedemdziesiątych pojawiły się postulaty większej elastyczności, dłuższych godzin wydawania posiłków oraz turnusów przeznaczonych dla osób o konkretnych zainteresowaniach. Dom wczasowy nie miał już przypominać koszar.

Współczesność zrezygnowała z kaowca, lecz zachowała potrzebę kontrolowania regeneracji. Mierzymy sen, tętno, kroki i poziom stresu. Kupujemy pakiety wellness, wyjazdy oczyszczające, warsztaty oddechowe oraz weekendy bez telefonu. Urlop ma poprawić koncentrację, sylwetkę, relacje i wydajność. Człowiek nadal trafia do remontowni. Obecnie sam wybiera pakiet i sam płaci za części.

Cudzy odpoczynek ma cudze ręce

Beztroska jednego człowieka prawie zawsze ma cudze ręce: gotujące, sprzątające, prowadzące autobus albo pilnujące dzieci. Dom wczasowy zdejmował z gościa codzienne obowiązki, ponieważ wykonywał je personel. Kucharki przygotowywały setki posiłków. Kelnerki przyjmowały pochwały i pretensje. Pokojowe zmieniały pościel. Pielęgniarki prowadziły na zabiegi. Instruktorzy zajmowali się dziećmi. Największą sprzeczność odsłaniały wczasy rodzinne.

Część urzędników twierdziła początkowo, że matka wyjeżdżająca z dziećmi i tak nie odpocznie. Lepszym rozwiązaniem miał być jej samotny wyjazd. Kobiety zatrudnione w branży włókienniczej domagały się jednak możliwości pobytu z rodziną. Pod wpływem nacisków pierwsze wczasy rodzinne zorganizowano w 1950 roku.

Większość ośrodków nie posiadała żłobków, przedszkoli ani osobnych programów dla najmłodszych. Kobieta przenosiła więc obowiązki z mieszkania do małego pokoju, wspólnej łazienki i stołówki. Jedna z robotnic przyznała badaczom, że wcześniej rezygnowała z turnusów, ponieważ musiała pilnować dzieci.

Ten problem pozostaje aktualny. Według badania EIGE CARE 2024 ponad 35 godzin tygodniowo na nieformalną opiekę nad dziećmi przeznaczało w Polsce 54 procent kobiet i 25 procent mężczyzn. Codzienne obowiązki domowe wykonywało 58 procent kobiet oraz 33 procent mężczyzn. Najnowszy raport EIGE podkreśla również, że kobiety otrzymują mniej zewnętrznego wsparcia, mimo większego zaangażowania w opiekę, a mężczyźni częściej deklarują większą ilość wolnego czasu.

Zmiana miejsca nie wystarcza. Można przebywać nad morzem i nadal pełnić całodobowy dyżur.

W ośrodku Delfin w Jastrzębiej Górze zaprojektowano osobne pawilony kolonijne dla dzieci oraz część przeznaczoną dla rodziców. Rodzina wypoczywała w jednym kompleksie, ale najmłodsi mieli własny program i opiekę. Dorośli odzyskiwali kilka godzin, w których nie musieli stale odpowiadać za dzieci.

Architektura miała zaprojektować lepszy wypoczynek

Ciarkowski patrzy na ośrodki inaczej niż autor typowej historii społecznej. Jest architektem i historykiem sztuki, bada powojenny modernizm, związki architektury z polityką oraz ochronę dziedzictwa XX wieku. W swoich wcześniejszych pracach opisywał ośrodki wypoczynkowe jako element projektu modernizacyjnego i jednocześnie dziedzictwo, którego odbiór nadal obciąża polityczna przeszłość.

Masowy wypoczynek wymagał tysięcy pokojów, łóżek, łazienek, gabinetów, świetlic i stołówek. Niewielkie wille nie mogły przyjąć setek pracowników przyjeżdżających z rodzinami. Wielkie sanatoria i kombinaty wczasowe odpowiadały na problem skali.

Ówcześni architekci argumentowali również, że jeden wysoki budynek może zajmować mniej terenu niż kilkanaście rozproszonych pensjonatów, z których każdy potrzebuje drogi, kanalizacji, parkingu i przyłączy. Podobne idee rozwijano na Zachodzie. Betonowa wielkość nie była wyłączną specjalnością państw socjalistycznych. Budynki projektowały sposób spędzania czasu.

Nowa Pijalnia w Krynicy miała być przedłużeniem deptaka osłoniętym przed deszczem i śniegiem. Kuracjusze pili wodę podczas spaceru, oglądali egzotyczne rośliny i słuchali koncertów. Sala koncertowa otrzymała formę czerwonego, ceramicznego serca. Leczenie, kultura i życie towarzyskie spotkały się w jednej przestrzeni.

Powojenny modernizm próbował projektować więcej niż bryłę. Określał, jak człowiek ma jeść, spacerować, poznawać innych i patrzeć na krajobraz. W tej wizji robotnik zasługiwał na duże okno, dzieło sztuki, koncert oraz widok z tarasu.

Wykonanie bywało słabe. Dachy przeciekały, okna traciły ciepło, instalacje się psuły. Późniejsze remonty często usuwały oryginalne wnętrza, mozaiki, oświetlenie i detale. Krynicką pijalnię uratowano przed rozbiórką, ale modernizacja zmieniła salę koncertową, sufit, okna i oświetlenie. Budynek przetrwał technicznie, tracąc sporą część autorskiego charakteru. Architektura powojennego modernizmu przegrywa na dwa sposoby: burzona znika; źle odnowiona pozostaje jako uproszczona kopia samej siebie.

Morze nie było gotowe na lud

Państwo otworzyło ludziom drogę nad Bałtyk, lecz długo nie przygotowywało wybrzeża na ich przyjazd. Pod koniec lat sześćdziesiątych nad morzem wypoczywało około ośmiuset tysięcy osób. Powstawały kolejne ośrodki i kempingi, ale kanalizacja, parkingi, sanitariaty i drogi rozwijały się wolniej.

Jastrzębia Góra do 1970 roku nie posiadała kanalizacji. Samochody wjeżdżały do lasów i na wydmy, ponieważ brakowało parkingów. Mielno tonęło w śmieciach, spalinach i nieczystościach. Nowe domy wczasowe sąsiadowały z prowizorycznymi barakami gastronomicznymi oraz drogami nieprzystosowanymi do sezonowego ruchu. Plażowicze również dokładali swoją część. Wyrywali gałęzie służące do umacniania wydm, budowali grajdoły, pozostawiali odpady i niszczyli tablice. Po sezonie służby porządkowe naprawiały szkody.

Odpowiedzialność miała jednak dwa poziomy. Człowiek odpowiadał za swoje zachowanie. Państwo i samorząd odpowiadały za decyzję o przyjęciu dziesiątek tysięcy ludzi bez odpowiedniego zaplecza.

Ten sam spór powraca dziś pod nazwą nadmiernej turystyki. W 2025 roku w obiektach noclegowych Unii Europejskiej odnotowano niemal 3,1 miliarda noclegów, najwięcej w historii statystyk. Ponad 31 procent wszystkich noclegów przypadło na lipiec i sierpień, co pokazuje skalę sezonowej koncentracji. Masowa turystyka demokratyzuje dostęp do świata i jednocześnie zwiększa presję na miejsca, które wcześniej obsługiwały niewielką grupę. Problem zaczyna być opisywany językiem klasowym. Zamożny człowiek odkrywa miejsce, uboższy je zatłacza.

Pierwszy szuka autentyczności, lokalności i ciszy. Drugi jedzie na wczasy, rozstawia parawan i podobno psuje krajobraz. Jeden jest podróżnikiem. Drugi turystą. Obydwaj potrzebują noclegu, transportu, jedzenia i infrastruktury. Rozwiązaniem nie jest powrót do czasów, gdy morze oglądali głównie ludzie z odpowiednim nazwiskiem i portfelem. Potrzebne są lepsze zarządzanie, transport, infrastruktura i granice, których przestrzeń nie może bez końca przekraczać.

Koniec turnusu, początek prywatyzacji

Epilog Remontowni ciał i dusz zaczyna się pod koniec maja 1989 roku. Rodzina opuszcza ośrodek Włókniarz w Szczyrku. Matka odbiera suchy prowiant: jajka, konserwę, serek, jabłka i herbatę w termosie. Ojciec bierze torby. Siedmioletni chłopiec pilnuje książek, plastikowych żołnierzyków i metalowej przypinki z Szyndzielni. Wsiadają do żółtego Autosanu. Są wypoczęci i zadowoleni. Nie wiedzą, że razem z ich turnusem kończy się Polska Ludowa.

Po transformacji zakłady upadały, sprzedawały majątek albo wycofywały się z utrzymywania ośrodków. Budynki potrzebowały kosztownych remontów. Ich funkcje były dostosowane do zbiorowych turnusów, stołówek i wspólnych świetlic, a nie do nowych oczekiwań rynku hotelowego.

Kozubnik przejęli inwestorzy obiecujący odrodzenie kompleksu. Pozostawili długi i wyjechali. Kolejny właściciel składał następne obietnice, podczas gdy budynki zamieniały się w ruinę. Po latach dawny ośrodek odrodził się jako kompleks luksusowych apartamentów.

W Jaszowcu znikały kolejne wnętrza, detale i domy wypoczynkowe. Pojawiały się szklane balustrady, kostka brukowa, parkingi dla SUV-ów i apartamenty inwestycyjne z obiecywaną stopą zwrotu. Przestrzeń zaprojektowana dla zbiorowego wypoczynku została rozdzielona na nieruchomości, z których każda miała zarabiać osobno.

Po 1989 roku zniknęła znaczna część infrastruktury. Osłabło również przekonanie, że organizacja wypoczynku może należeć do wspólnych obowiązków państwa, zakładu i społeczeństwa. Rynek zapewnił ogromny wybór, nie zapewnił równego dostępu.

Nostalgia sprzedawana na weekend

Domy wczasowe wracają dziś jako obrazy: boazeria, tapczan, metalowy brelok przy kluczu, oranżada, fajf, cerata i telewizor zamknięty w drewnianej skrzynce. W lipcu 2026 roku Polskie Radio poświęciło audycję nostalgii za wakacjami w PRL. Rozmowie z Ciarkowskim i Marcinem Wojdakiem towarzyszył przykład obiektu oferującego noclegi w stylu epoki oraz warsztaty prania w pralce Frania.

System zniknął. Jego estetyka stała się produktem.

Za nocleg w wystroju imitującym dawny dom wczasowy płaci się dziś po to, aby przez weekend doświadczyć świata, od którego poprzednie pokolenie próbowało uciec przez modernizację. Brak wygód zmienia się w atrakcję, jeśli można z niego zrezygnować następnego dnia. Nostalgia wybiera detale, które dobrze wyglądają na zdjęciu. Pomija przydziały, wspólne łazienki, złe terminy, nierówny dostęp i kobiety pracujące przy obsłudze turnusu. Nie oznacza to, że wspomnienia są fałszywe. Ludzie naprawdę odpoczywali, zakochiwali się, poznawali kraj i po raz pierwszy widzieli morze.

Współczesna Irena dostaje reklamę spa

Współczesna Irena prawdopodobnie nie otrzyma propozycji od lekarza zakładowego. Otrzyma reklamę weekendu regeneracyjnego. Algorytm podsunie masaż, jogę, dietę, kąpiel leśną, pakiet wellness i aplikację do medytacji. Każda oferta zakłada, że Irena ma pieniądze, może opuścić dom i znajdzie osobę, która przejmie jej obowiązki. Gdy wyjazd nie dochodzi do skutku, problem wygląda jak prywatna porażka. Człowiek źle planował, za mało oszczędzał albo niewystarczająco zadbał o równowagę.

Dane pokazują jednak granice indywidualnej odpowiedzialności. W 2024 roku 27 procent mieszkańców Unii Europejskiej nie mogło pozwolić sobie na tygodniowy urlop poza domem. W Polsce odsetek wynosił 25,5 procent, czyli wyjazdu nie mógł sfinansować mniej więcej co czwarty mieszkaniec.

Polacy należą równocześnie do najdłużej pracujących społeczeństw Unii. W 2025 roku średni rzeczywisty tydzień pracy wynosił w Polsce 38,7 godziny, wobec średniej unijnej na poziomie 35,9 godziny. Dłużej pracowali jedynie mieszkańcy Grecji, a taki sam wynik odnotowano w Bułgarii.

Można posiadać dwadzieścia sześć dni urlopu i przeznaczyć je na remont, opiekę nad rodzicem albo dodatkowe zlecenia. Można wyjechać nad morze i wrócić wyczerpanym opieką nad dziećmi. Można zostać w domu, ale przez cały tydzień odpowiadać na wiadomości z pracy. Formalne wolne i rzeczywisty odpoczynek są dwiema osobnymi kategoriami.

Kto ma prawo przestać być potrzebny?

Remontownia ciał i dusz prowadzi daleko poza historię Funduszu Wczasów Pracowniczych. Ciarkowski opisuje państwo, które próbowało upowszechnić wypoczynek, ale zarazem chciało decydować, jak powinien wyglądać. Człowiek miał jeść o określonych porach, uczestniczyć w programie, regenerować zdrowie i wrócić do zakładu w lepszym stanie.

Dzisiejszy system daje więcej swobody, lecz przenosi na jednostkę prawie cały koszt organizacji. Człowiek sam wybiera miejsce, standard i termin. Sam płaci. Sam zapewnia opiekę. Sam odpowiada za rezultat. PRL chciał wiedzieć, gdzie obywatel śpi, co je i jak spędza wieczór. Współczesny rynek mówi mu, że może wybrać wszystko. Następnie wystawia rachunek.

W obu przypadkach odpoczynek pozostaje związany z pracą. Dawniej miał naprawiać organizm pracownika. Dziś ma zwiększać odporność na stres, poprawiać koncentrację i zapobiegać wypaleniu. Nawet bezczynność otrzymuje cel. Najbardziej radykalne prawo do odpoczynku zaczynałoby się dopiero wtedy, gdy człowiek nie musi udowadniać jego użyteczności.

Pod orzechem nadal stoi ławka. Można usiąść, patrzeć na ogród i słuchać wróbli. Po chwili ktoś zawoła z domu, zadzwoni z firmy albo przypomni o rachunku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.