Lekarze prowincjonalni w Polsce furmanek, izb porodowych i wielkich ambicji

9 min czytania

Krystyna Modrzewska budzi się w nocy, wkłada fartuch na piżamę i otwiera podręcznik. Jest październik 1957 roku, gdzieś w pobliżu Bełżyc rodzi kobieta, poród przebiega źle, bardzo źle, a lekarka próbuje sobie przypomnieć, co właściwie można zrobić. W skorowidzu znajduje pęknięcie macicy. Otwiera odpowiednią stronę. Podręcznik odpowiada spokojnie, fachowo i bez cienia wątpliwości: potrzebna jest operacja.

Tyle, że podręcznik został napisany dla rzeczywistości, w której znajdzie się i sala operacyjna, i anestezjolog, instrumentariuszka i ludzie gotowi stanąć przy stole. Modrzewska ma przed sobą inny świat.

Panowie, którzy piszecie podręczniki, panowie, którzy uczycie nas sztuki lekarskiej, którzy macie sale operacyjne, asystentów, anestezjologów, instrumentariuszki! Co ja mam robić?

To jedno z tych zdań, przy których Lekarze prowincjonalni Marcina Stasiaka nagle przestają być książką o powojennej modernizacji, inteligencji, polityce zdrowotnej i relacji między centrum a peryferiami, choć wszystkim tym są bez wątpienia. Zostaje kobieta w fartuchu narzuconym na piżamę, książka, która wie, jak uratować pacjentkę, i rzeczywistość, która tej wiedzy nie ma czym wykonać. Kilka stron dalej Modrzewska natrafia na kolejne zdanie z podręcznika. Jednym z najskuteczniejszych sposobów leczenia obrzęku płuc jest podawanie tlenu.

Nie mamy tlenu.

Właściwie można by od tego zacząć historię polskiej prowincji po 1945 roku.

Poza metropolią

Stasiak wyprowadza swoich bohaterów z dużych miast i wysadza ich tam, gdzie pociąg już nie dojeżdża albo dojeżdża rzadko, gdzie kilka kilometrów mierzy się czasem potrzebnym na przejazd furmanką, a określenie „ośrodek zdrowia” może oznaczać miejsce urządzone dzięki uporowi kilku ludzi i materiałom zdobytym z rozbiórki starego budynku.

Aleksander Bałasz jedzie z Krakowa do Siedliszcza. Konstanty Muraszko trafia na Mazury. Stanisław Bayer, warszawiak, uczestnik powstania, po wojnie wybiera Wrocław, a potem Jawor. Krystyna Modrzewska opuszcza Lublin, żeby znaleźć się w małym miasteczku, z którym będzie prowadziła długi, nie zawsze przyjazny spór.

Są lekarze, ale obok nich pielęgniarki, położne, felczerzy, nauczyciele, agronomowie, zootechnicy. W wielkim państwowym planie wszyscy są potrzebni z tego samego powodu: Polska ma się zmienić nie tylko w Warszawie, Łodzi i Krakowie. Trzeba jeszcze dotrzeć tam, gdzie poród odbiera miejscowa „babka”, lekarza wzywa się późno albo wcale, dziecko zamiast iść do szkoły jest potrzebne przy pracy, a słowo „zootechnik” nie mówi mieszkańcom niczego.

Partia może obiecać ochronę zdrowia, edukację i kulturę także ludziom żyjącym daleko od większych miast. Potem jednak ktoś musi wsiąść na rower, i jechać. Jedna z pielęgniarek od 1946 do 1952 roku wykonywała szczepienia w promieniu dwudziestu siedmiu kilometrów, przemieszczając się furmanką, rowerem albo „żelaźniakiem”. Antoni Docha dojeżdżał do pracy czymś, co miejscowi nazywali autobusem, choć bardziej przypominało drewnianą budę osadzoną na podwoziu ciężarówki. Zamiast dwudziestu osób potrafiło jechać czterdzieści, razem ze świniami i cielętami. Po podróży lekarz znajdował na ubraniu wszy, na butach coś gorszego.

Stasiak opisuje prowincję, w której państwo dopiero nabiera materialnego kształtu, nierówno i z opóźnieniem, a jego obecność poznaje się po tym, że któregoś dnia w miasteczku pojawia się lekarz, później pielęgniarka, potem karetka i nikt już nie pamięta, kiedy przestały być nowością.

Szczepienia obok kur

Łucja Jędrzejewska miała mniej niż osiemnaście lat, kiedy rozpoczęła pracę w Powiatowej Kolumnie Sanitarnej. Jeździła po wsiach z dziesięciolitrowym hydropultem na plecach, wapnem chlorowanym i teczką pachnącą lizolem. Starsi patrzyli na nią z politowaniem, młodsi z ironią. Kiedy przyjechała do jednej ze wsi i poprosiła sołtysa o wskazanie pomieszczenia na szczepienia, zaprowadził ją do kurnika. Spodziewał się tego samego dnia człowieka, który miał szczepić drób. Można oczywiście zrobić z tego anegdotę o głupim sołtysie. Stasiak tego nie robi, bo w całej tej historii ciekawsze jest coś innego: szczepienie nie było już dla sołtysa pojęciem obcym. Przeciwnie, należało do porządku, który zdążył wejść na wieś, tylko jeszcze nie do końca wiadomo było, gdzie go umieścić.

Takich chwil przejściowych jest w książce mnóstwo. Świat stary nie zniknął, nowy już stał obok niego i oba przez długi czas mieściły się w jednej chałupie, jednym obejściu, czasem w głowie jednego człowieka. Felczer przyjeżdża do chorego, rozpoznaje niedrożność jelit i nakazuje wyjazd do szpitala. Mężczyzna nie chce. Rodzina też nie. Zastrzyk można przyjąć, lekarza czy felczera wezwać, ale szpital leży już poza tym, co oswojone. Medyk próbuje wszystkiego, w końcu każe choremu podpisać, że odmawia leczenia i chce umrzeć. To działa lepiej niż medyczne argumenty. Pacjent jedzie, lecz za późno. Umiera podczas operacji.

Nazajutrz ten sam felczer trafia do chłopca z zapaleniem wyrostka. Tym razem wystarcza stanowczy ton. Ojciec zna los sąsiada. Zmiana przychodzi więc czasem wraz z lekarzem, a czasem kilka godzin po śmierci kogoś, kogo znała cała wieś. Nie sposób oddzielić jedno od drugiego.

Ludzie z dyplomem

Stasiak mógłby łatwo napisać książkę o tych, którzy przyjechali cywilizować tych, którzy zostali. Materiał źródłowy wręcz go do tego zachęca, bo lekarze, felczerzy i pielęgniarki pozostawili po sobie całe galerie miejscowych dziwactw: kozi smalec, znachorów, nieprawdopodobne sposoby leczenia, choroby doprowadzane do stanu, w którym nawet najlepszy lekarz niewiele już mógł zrobić.  Autor zachowuje wobec tych świadectw zdrowy dystans. Wie, że kiedy inteligent opisuje „ciemnotę”, opisuje zarazem samego siebie.

Między pacjentem a człowiekiem z dyplomem istniała granica znacznie grubsza niż ta wytyczona przez wiedzę medyczną. Był język, pochodzenie, sposób ubierania się, wyobrażenie czystości, czasu, pracy, wychowania dzieci, nawet tego, w jaki sposób należy mówić o własnym ciele. Człowiek przyjeżdżający z miasta posiadał wiedzę, której miejscowi potrzebowali, ale przywoził także pewność, że jego świat stoi wyżej. Czasami rzeczywiście stał, czasami tylko tak mu się wydawało.

W szkole kierowniczka odsyłała do domów dzieci brudne i nieuczesane. Matki były wściekłe. Jesienią i wiosną, kiedy każda para rąk była potrzebna przy pracy, miały jeszcze prać kołnierzyki, pilnować lekcji i wysłuchiwać uwag nauczycielki. Dla niej czyste dziecko należało do tego samego porządku co edukacja. Dla nich była to kolejna rzecz do zrobienia w świecie, w którym i bez tego brakowało godzin. Po kilkudziesięciu latach łatwo zdecydować, kto miał rację. Znacznie ciekawiej popatrzeć, jak długo trwało, zanim jeden sposób życia wyparł drugi. Nowoczesność Stasiaka nie przypomina pociągu wjeżdżającego punktualnie na stację. Raczej wodę podnoszącą się bardzo powoli, niemal niezauważalnie, aż któregoś dnia człowiek odkrywa, że stoi już po drugiej stronie.

Samemu na dyżurze

Prowincja dawała młodym lekarzom coś, czego duży szpital nie dawałby im przez lata: samodzielność. Braki kadrowe sprawiały, że student medycyny mógł nagle znaleźć się w sytuacji, w której nikt nie pytał, czy czuje się gotowy. Henryk Bomski po trzech latach studiów został w Ciechanowie praktycznie sam z kilkoma oddziałami, laboratorium i rentgenem. Później inni młodzi lekarze wspominali podobne dyżury, podczas których telefon do starszego kolegi bywał jedyną dostępną konsultacją. Z daleka łatwo odnaleźć w tym romantyzm pionierów. Z bliska widać głównie odpowiedzialność. Krystyna Modrzewska patrzyła na nią bez żadnego sentymentu. Kiedy umierało niemowlę, któremu nikt nie potrafił założyć kroplówki, zapisała: Pewność, że można uratować to życie, a tymczasem pozwala mu się gasnąć, nie daje mi spokoju. Trzydzieści kilometrów dalej ktoś zapewne potrafiłby znaleźć żyłę. W tej odległości mieści się spora część książki Stasiaka.

Prowincja nie była odcięta od wiedzy. Wiedzę często już miała. Brakowało człowieka, sprzętu, transportu, telefonu, laboratorium, tlenu, czasem wszystkiego po trochu. Różnica między centrum i peryferiami stawała się więc wyjątkowo okrutna: można było dokładnie wiedzieć, czego pacjent potrzebuje, i jednocześnie nie móc mu tego dać.

Zostać czy wrócić

Aleksander Bałasz wrócił do Krakowa pod koniec 1955 roku. W Siedliszczu zostawił po sobie znacznie więcej niż kilka lat praktyki lekarskiej. Były nowe budynki, izba porodowa, basen, park, miejsca powstające dzięki zbiorowej pracy i jego energii. Zachowały się fotografie ludzi kopiących fundamenty, pracujących przy parku, stojących obok czegoś, co jeszcze pachniało świeżym tynkiem. Potem Bałasz wyjechał. Nie ma tu wielkiego dramatu ani zdrady własnych ideałów. Był lekarzem, miał ambicje, chciał pracować naukowo. Miał dzieci i rozumiał, że Kraków da im to, czego Siedliszcze dać nie może.

Państwo potrzebowało inteligencji na prowincji, ale całe społeczne wyobrażenie sukcesu nadal kierowało ją ku miastu. Lekarz na wsi miał być potrzebny bardziej, pracować samodzielniej i ponosić większą odpowiedzialność, a jednocześnie w hierarchii własnego środowiska ryzykował etykietą człowieka, który znalazł się tam, bo nie dostał się gdzie indziej. W jednym z dokumentów pada określenie „lekarz II kategorii”. Nie trzeba go specjalnie komentować.

Modrzewska bywa wobec miasteczka okrutna. Widzi prowincjonalną inteligencję jako ludzi trochę przegranych, trochę zatrzymanych po drodze. Potrafi tęsknić za miastem z niemal fizycznym głodem, wyrwać się na kilka godzin, żeby usiąść przy kawie wśród swoich, a potem wrócić i zapisać następną śmierć, następny brak, następny dzień dyżuru. A jednak ten sam świat czasem ją porywa. Kulig, śmiech, chwila zwyczajnej radości i nagle miasteczko przestaje być miejscem zesłania. Stasiak pozostawia te sprzeczności w spokoju. Nie próbuje robić z nich tezy. Ludzie zwykle są bardziej skomplikowani niż ich społeczne role.

Kiedy karetka przestaje dziwić

Najciekawsze w tej historii wydarzyło się właściwie bez fanfar. Najpierw lekarz był kimś obcym. Potem był „naszym doktorem”. Szpital budził strach, później stawał się miejscem, do którego po prostu się jedzie. Poród należał do domu i miejscowej „babki”, później do położnej i izby porodowej. Szczepienie wywoływało awanturę, kilka czy kilkanaście lat później trzeba było już pamiętać o kolejnej dawce. O ironio, nowoczesność wygrała wtedy, kiedy przestano ją zauważać. Kiedy karetka stała pod ośrodkiem zdrowia i nikogo nie interesowało, że stoi. Kiedy obecność lekarza przestała być przywilejem i zaczęła być oczekiwaniem. Wtedy też powstał problem, który pozostał z nami do dziś, bo jeśli człowiek uznał dostęp do lekarza za swoje prawo, każda nieobecność lekarza stawała się już nie losem, lecz zaniedbaniem.

Stasiak prowadzi tę opowieść dalej, ku schyłkowi Polski Ludowej i transformacji, gdy mapa centrum i peryferii przesunie się ponownie, a wielkie miasta zaczną wciągać nie tylko mieszkańców wsi, lecz także ludzi z małych i średnich ośrodków. Sam autor przyznaje pod koniec, że również dał się przyciągnąć światłom metropolii. Tu Lekarze prowincjonalni zaczynają niepokojąco przypominać książkę o współczesności. Nie dlatego, że autor próbuje dopisywać łatwe analogie, przeciwnie; przez większość czasu pilnuje własnej epoki.

Po drodze

Najbardziej lubię w tej książce jej ruch. Ludzie ciągle gdzieś jadą. Z miasta na wieś, ze wsi do powiatowego szpitala, z ośrodka do chorego, z miasteczka do wojewódzkiego centrum. Samochodem, pociągiem, rowerem, furmanką, czymś, co tylko z dużą życzliwością można nazwać autobusem. Ta nieustanna podróż dobrze pasuje do kraju, który sam był wtedy w drodze, choć nikt nie znał jeszcze dokładnie miejsca przeznaczenia.

Stasiak zebrał setki dokumentów, pamiętniki lekarzy i pielęgniarek, materiały ministerialne, fotografie, relacje rodzinne. Mógł zbudować z nich bardzo porządną monografię historyczną i na tym poprzestać. Zrobił coś więcej, bo pozwolił ludziom pozostać niekonsekwentnymi: lekarz może być oddanym społecznikiem i człowiekiem marzącym o ucieczce; miejscowy może bać się szpitala i jednocześnie ufać felczerowi; państwo może rzeczywiście poprawiać ludziom życie i równocześnie wikłać ich w swój ideologiczny projekt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.